niedziela, 1 lipca 2012

Ale fajna zabawa :)

Dzisiejsza noc była dłuższa :) O całą sekundę. Trzeba to jakoś wykorzystać, nie?
Postanowiłam się zabawić w farbowanie włóczki, którą dostałam ostatnio w ramach wymiany. Już o niej wspominałam, że kolorystycznie mi do niczego nie pasuje i że zamierzam coś z tym zrobić.
Wzorem i natchnieniem była mi ta Pani, której blogiem i wyczynami dziewiarskimi zachwycam się od jakiegoś czasu.
Podobają mi się jej cieniowane, niepowtarzalne chusty, wełny i inne cuda.
A ponieważ ostatnio wrzuciła aż 2 notki o tym, jak farbowała wełenki i co z tego wynikło, to wreszcie i ja ruszyłam swoje cztery litery i zabrałam się do roboty.
Ryzyko, że coś sknocę było duże, bo:
a. nigdy nie farbowałam włóczki, tylko szmatki i to w zamierzchłej przeszłości, chyba zaraz po maturze ostatnio (jestem dinozaurem z czasów farbowania pieluch tetrowych i szycia z nich wymyślnych kreacji)
b. jeszcze tak się nie bawiłam, żeby na różne kolory naraz farbować, waliłam sztukę farbowaną po prostu do gara z barwnikiem i tyle
c. włóczka (Kartopu Ruzgar), jest mieszanką o składzie 50% akryl, 50% wełna, a wszędzie piszą, żeby nie farbować akrylu.
Ale do odważnych świat należy.
Pomału skompletowałam wszystko, co potrzeba:
  • barwniki do wełny - żółty i róż, firma Barwol - takie z panią na obrazku
  • folia spożywcza do oddzielenia każdego z motków w czasie gotowania  
  • wielki gar do farbowania
  • durszlak metalowy do gotowania na parze
  • malarska folia ochronna, żeby nie upaprać całej kuchni 
  • 2 kuwety (pożyczone od kotów, wyszorowane i wyparzone)
  • kilka par rękawiczek gumowych
  • coś do wymieszania farb
  • słoje do rozpuszczenia farbek
  • ocet do utrwalenia  
Najpierw musiałam przewinąć włóczkę z oryginalnych motków na pasma. W roli motowidła znakomicie sprawdza się fotel obrotowy :)
7 motków poszło mi migiem. Wszystkie pasma poprzewiązywałam nitką, żeby mi się nie poplątały. 
Potem wszystkie pasma włóczki wypłukałam w letniej wodzie z płynem do zmywania. Okazuje się, że ten turkus chyba trochę puszcza kolor, bo woda w zlewie była nieco błękitna. 
W międzyczasie zagotowałam wodę i rozpuściłam barwniki w dwóch dużych słoikach - mniej więcej 0,5 litra wody na 1 paczuszkę barwnika. Wymieszałam dokładnie.
Wymoczone i odciśnięte z wody pasma układałam po kolei w kuwecie wyłożonej folią i malowałam kawałek po kawałku, na przemian dwoma kolorami, wykorzystując gazę zamiast pędzla. Niestety - zdjęć z tego etapu nie mam, bo za dużo paprania by było i szkoda mi było ubrudzić aparat. 

 W niektórych pasmach zostawiałam dłuższe kawałki oryginalnego koloru, w innych naćkałam więcej nowego koloru. Jeśli mi chlapnęło żółtym na róż lub odwrotnie - nie było problemu. Chciałam w ciapki :)
Nie starałam się też specjalnie, żeby wszystkie motki były tak samo  potraktowane.




Wszystkie motki po wymalowaniu zawinęłam w folię spożywczą, skręciłam w rulon i związałam wolne końce folii. I do gara. Na durszlak, gotowanie na parze.
Dwa pierwsze motki gotowały się około 15 minut, po czym nie studząc zaniosłam je do płukania. Kilka płukań w chłodnej wodzie i kilkunastominutowa kąpiel w wodzie z octem. Z pół litra octu na michę wody.


Trzy następne gotowałam znacznie dłużej, bo ze 40 minut, wymagały też znacznie większej liczby płukań, póki woda nie przestała być bardzo kolorowa.
Ostatnie dwa farbowałam pojedynczo i w całości - jeden zanurzyłam tylko w żółtym, a drugi tylko w różowym barwniku, oba na kilkanaście minut. Gotowały się ok. 20 minut i zostawiłam je do stygnięcia. Płukań było mniej, ale za to długo leżały w kąpieli octowej. 
Zabawę skończyłam o 4 rano i poszłam spać...

Byłam ciekawa, jak to wyjdzie.
Ponieważ włóczka już sama z siebie ma 2 kolory, więc otrzymałam całkiem ciekawy wynik zabawy.
Oto efekty. Tu wszystkie motki obciekają sobie zgodnie nad wanną.

Po odcieknięciu wywiesiłam do wysuszenia na balkonie. W pełnym słońcu mogłam obejrzeć lepiej rezultaty swojej pracy.




Wyszło zabawnie. Żółty łapie słabiej, róż jest znacznie bardziej "jadowity" i silniej wiąże się z włóczką. Żółty z niebiesko-turkusowym dał dziwny odcień zgniłej zieleni. Róż zgodnie z przewidywaniami na turkusowo-niebieskim dał całkiem przyzwoity fiolet.
Najlepiej ufarbowały się te motki, które gotowały się najdłużej. Najmniej płukania było, jeśli włóczka ostygła powoli.
Oczywiście nie oparłam się pokusie, żeby na dzisiejszym spotkaniu robótkowym nie pokazać swojego "dzieła". Chyba się podobało :)


Znakomita zabawa.  Już myślę, co tu następnego farbnąć :D Tym razem prawdziwą, 100-procentową wełną się zajmę, w większym spektrum kolorów. A co!
A drobne plamki z blatu kuchennego dobrze zmył domestos. O. Paznokcie, mimo stosowania rękawiczek, mam w b. interesującego "frencha". Różowego ;)

wtorek, 26 czerwca 2012

Podarki i prezenciki

No chyba muszę się pochwalić...
Dostałam bowiem na urodziny parę prezentów zgodnych z moim nałogiem/hobby/namiętnością ;)
Oto wszystkie razem: akryl, bawełna, kordonek, szydełko i...
Najpiękniejszy z prezentów to śliczny wielokolorowy jedwab od Siostry. Nie miała pomysłu, więc pokazałam jej linki do kilku różnych ślicznych włóczek w internecie i zaproponowałam losowe wybranie jednej z nich. Wylosowała tę ze sklepu Biferno - Maharaja Silk. Identyczną, jak była w rozdawajce u Ciapary. Nie wygrałam candy, ale jedwab mam i tak ;)
Jest cudny!!!
Całe 100 g milutkiej, mięciutkiej, lejącej, ciężkiej nici w przepięknych kolorach.
I ciągle namyślam się, co by tu z niej pięknego zrobić. Widziałam chusty/szale ażurowe, ale boję się, że popsuję i że nie umiem z tak cieniutkiej cienizny robić na drutach.
Mogłabym zrobić szydełkiem coś z biżuterii, ale na to nie trzeba na pewno aż 100 g jedwabiu - choć może z resztek jakieś delikatne kolczyki i tak wydziergam?
Najbardziej skłaniam się ku idei, żeby połączyć ten jedwab z jakąś inną fajną, dobrą jakościowo i szlachetną nicią, a z 2 nitek już będzie mi łatwiej ścibolić.
I z tej podwójnej nici chciałabym zrobić śliczny, delikatny, ażurowy sweterek. Bardzo ażurowy. Kolor, z którym bym to łączyła - chyba granat... Albo morska zieleń...
Nawet widziałam taką włóczkę - połączenie jedwabiu z bawełną - w jednym ze sklepów internetowych. Na razie namyślam się i wcale nie spieszę.
Jedwab czeka sobie w szufladce, co jakiś czas wyjmuję, przytulam do policzka, niucham, bo miło pachnie i odkładam... To też bardzo miłe zajęcia :D
A tymczasem kordonek w kolorze groszkowej zieleni jest tej samej maści co już wcześniej posiadany cieniowany... COŚ z tego będzie, na pewno :)
Może kolejna szydełkowa torebka?
Jeszcze raz dziękuję za wszystkie prezenty :*

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Odpoczynek

Ostatnio trochę podziergałam, parę sztuk skończyłam, stosowne notki opisałam na blogu - więc nałóg zaspokoiłam, a i ręce muszą odpocząć chwilkę.
Postanowiłam wobec tego poudzielać się towarzysko i w wolny weekend nic na drutach ani szydełku mi nie zawisło, za to zrobiłyśmy kolejne, tym razem nieoficjalne spotkanie dziergających i fotografujących maniaczek w liczbie sztuk 4.
W niedzielę pogoda była piękna, słońce, błękit nieba, Jarmark na Jana, Dni Miasta, tańce, hulanki, hopsasa i w ogóle.
Jakieś XVI-wieczne wojsko szykowało się najwyraźniej do ataku - nie wiem tylko na co ;)
Za to na Rynku...
Dzikie tłumy na jarmarku zniechęciły mnie do dokładnego przyglądania się, co tam na stoiskach wystawiono.  Zwłaszcza, że nie sposób było dopchać się do co ciekawszych kramów z rękodziełem, zapaszek sprzedawanego sera i wędlin odstraszał, a słońce zbyt mocno przygrzewało.
Była też możliwość obejrzenia zabytkowych katarynek. 
To, co mnie bardzo zachwyciło, to widoczny mechanizm grający wielkiej "kataryny", mieszczącej się na przyczepie samochodowej, a szczególnie jej "folder plików" z utworami muzycznymi - wszystkie skrzętnie opisane i poukładane z tyłu instrumentu :)
Po przyjrzeniu się katarynkom ruszyłyśmy w plener, do parku, gdzie tłumy mniejsze, a i ciszej nieco. 
Zielono było i słonecznie... Zielony szal z jednej z kwietniowych notek też nabrał uroku wśród zieleni - no i wreszcie widać porządnie ażurowy wzór (prasowanie gorącym żelazkiem czyni cuda z akrylem ;). Nawet zostałam poproszona o wydzierganie podobnego, tylko w szarym kolorze. Bardzo chętnie :)
Poświęcenie fotografa podczas znajdowania najlepszego ujęcia dla stóp koleżanki, odzianych w śliczne włóczkowe kapciuszki, bywa czasem ogromne - jak widać na załączonym obrazku.
Była też ławeczka z miłosnymi wyznaniami, które zamyśliły mnie i nastroiły romantycznie... Do tego stopnia, że zamarłam w pozie Włóczykija pod drzewem ;)
Ach, kolorowy i piękny to był dzień. Dziewczyny - dziękuję za towarzystwo :)

A 1 lipca, w najbliższą niedzielę - oficjalne spotkanie robótkowe, tam, gdzie zazwyczaj, w samo południe. Będę! I mam nowe książki fachowe :)

środa, 20 czerwca 2012

Torebecka

No, postarałam się, żeby "list to do" po kolei realizować: mała torebka w stylu panzerno-hippie, z czarno-srebrno-czerwonych nici, kordonków i włóczek jest ostatecznie gotowa :)
Dziergałam szydełkiem nr 5, z rozmaitych włóczek i nici do dziergania, połączonych po 5-6 różnych, co tam znalazłam w domu.
Czarna gruba to Puchatka, czerwona to jakaś bliżej niezidentyfikowana wełna z akrylem, ale cieńsza od Puchatki, a te cienizny to jakieś stare kordonki - wiśniowy, malinowy i czarny (po co był mi potrzebny czarny kordonek?), które kiedyś, wiele lat temu kupiłam, a może dostałam od tatusia?

Ale były też nowsze nitki - bawełniana czarna Rozetti z maluśkimi kolorowymi cekinami holograficznymi i srebrną nicią oraz ślicznie czerwony kordonek Stokrotka i biało-srebrna nić firmy Altin Basak.
Korpus torebecki wykonałam w jeden wieczór w zeszłym tygodniu, pasek i maczka - w drugi. 
W minioną sobotę z rana zszyłam, wyprałam, usiłowałam wysuszyć  żelazkiem, ale na publiczne spotkanie robótkowe moje "dzieło" było jeszcze wilgotne. No ale przecież musiałam się pochwalić ;)
Tak, czy siak, torebka nosiła się pięknie - ale klucze przez nią usiłowały wyemigrować na zewnątrz.
Doszłam więc do wniosku, że trzeba jakoś to usztywnić i uszczelnić.
W torebkę wszyłam więc ręcznie grubszą podszewkę, taką do grubych tkanin, którą najpierw podkleiłam flizeliną.

Dodatkowo klapka i tylna część są usztywnione sztywną koszulką do dokumentów, której brzegi przycięłam, żeby nie było sterczących ostrych rogów.
Dziergałam półsłupkami, nabieranymi tylko z tylnej nitki, pasek został  przerobiony na całej długości rzędem półsłupków, a w drugim rzędzie są  słupki raz nawijane. Przód z tyłem zostały połączone w trakcie wykonywania paska, nie były oddzielnie zszywane.

Torebka mieści średniej wielkości portfelik, telefon komórkowy, klucze i paczkę chusteczek - czyli niezbędne minimum :)

piątek, 15 czerwca 2012

Przemyślenia twórcze...

Ano to tak...
Urodziny (całkiem okrągłe, bo 45.) zaliczone, urlop z tej okazji był, wizytacja w stolicy była, parę rzeczy w chałupie i w głowie uporządkowanych, parę półek sprzątniętych i parę myśli w głowie powstało.
Między innymi powstały mi tzw. "przemyślenia twórcze".
Ze mną to jest tak, jak ze wszystkimi innymi typowymi bliźniakami - we łbie mam tysiące pomysłów, tylko nie mam napędu na ich realizację (nieodrodna Tatusia córka ;)
A często brak mi też czasu i weny nawet na spisanie tego, co wymyślę. 
Jakoś tak mi to mignie, zabłyśnie - i ucieka, i już... nima...
Konieczne byłoby więc tworzenie na bieżąco listy "to do" - rzeczy, które wpadły do głowy i przyłapanie ich, zanim uciekną.
Co się tyczy tych moich robótek - to wszystko oczywiście jest małpowane, wtórne i przerabiane z czyichś pomysłów. Bo, niestety, ja tak już mam, że rzadko kiedy coś sama, samiuteńka oryginalnie wymyślę, tak od początku do końca. Zwykle coś zobaczę, zachwyci i potem robię po swojemu - z lepszym, czy gorszym efektem - zwykle to drugie :D
No ale przecież miliony osób tak robi, wiec loozik, każda rzecz ma przecież swój niepowtarzalny wygląd :)


Lista rzeczy do zrobienia:
1. skończyć UFOki:
- ten z granny crochetów w kolorach jesienno-jagodowych 
- ten w romby, z fioletowo-zielonych moherków
- ten ciepły miodowy puchatkowy
- niebieski niby-szal, co był zasadniczo swetrem, ale na pewno już nie będzie (+ czapka do niego)


2. skończyć dopiero co zaczętego tęcaka-okrąglaka (możliwe, że okrągły będzie tylko środek plecków, jeszcze nie wiem - pomysł zawisł standardowo)
3. dokończyć szydełkową czarno-czerwono-srebrną torebusię z cekinkami (pasek + podszewka + zapięcie), main body torebki już mam gotowe :D


4. spróbować, czy ta włóczka od nowej koleżanki Jagody z internetu, otrzymana w drodze wymiany za szmatki patchworkowe, da się pofarbować - jeśli tak, to koniecznie do ecru i turkusu dojdą żółty i różowy (zmieszane z turkusowym dadzą zieleń i fiolet), z tego mógłby być fajny szyjogrzej w rodzaju Inspira Cowl, bo to fajny projekt jest 
5. zagospodarować pozostałą część sprezentowanej przez Jagódkę włóczki - ta szafirowo-popielata jest tak przecudnej urody, że żadnego farbowania nie potrzebuje i widzę w tymże kolorze Mamucię


6. wydziergać dla Siostry do ślimaczej czapki obiecany niegryzący szal na plecki
7. marzy mi się też lekka, włóczkowa tuniko-sukienka z cienkiej Peonii, w ciepłych jesiennych kolorkach, robiona na najcieńszych drutach, w falujące paski lub zygzaki, z jakiegoś ażurowatego wzoru, może tego samego, co był zielony szal, tylko znacznie ściślej?


Borze cienisty - zmęczyłam się samym wyliczaniem tego, co trzeba zrobić...


A jutro spotkanie robótkowe - w samo południe, na białostockim Rynku. Będziemy dziergać publicznie :)
Serdecznie zapraszam chętnych :):):)

wtorek, 5 czerwca 2012

Niebiesko mi nadal

Nadejszła wielkopomna chwila, żeby przedstawić lepsze zdjęcia niebieskiego wcale-nie-paskuctfa. 

Oto one:

Kolor jest nie_do_zrobienia, niefotografowalny i w ogóle. Czego należało się domyślać. Żaden aparat nie widzi tego odcienia zieleni, który jest dodany do niebieskiego. Trudno. Nie to nie. Na żywo i tak jest cudny.

Antku dokonał odbioru technicznego gotowego wyrobu. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że jemu jest w chuście ciepło i dobrze i może jej używać ;)
Zaliczyłam również gratulacyjny uścisk łapki.
A tu inne niebieskie "coś", co pierwotnie miało być swetrem, robionym wg wzoru w "Sandrze" sprzed lat. 
Coś słabo wyliczyłam potrzebną ilość oczek, grubość drutów, czy cóś... no i wyszło za wąskie. Rzuciłam w kąt i leżało.
Wyciągnęłam przy okazji ostatnich remanentów i doszłam do wniosku, że będzie z tego po prostu całkiem fajny szal. Włóczki mam jeszcze naprawdę dużo, więc i czapkę się z tego przy okazji udzierga.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

UFOki ;)

Dziś prezentuję kolejnego UFOka. Swetrzysko było dziergane metodą pokazaną w książce "Pletenie po novom", opisanej w jednym z poprzednich wpisów.

Z założenia miało być ciepłe i duże. No i jest... Nawet ZA DUŻE. Prawdopodobnie dlatego kilka lat temu poległam przed rękawami. 
Ale coś mi się zdaje, że nie jest aż tak źle, a że bardzo mi się podoba kolorystycznie, to jednak postanowiłam skończyć.
Dziergałam z ulubionego w tamtych czasach moherku Aniluxu (mam zresztą jeszcze solidny zapas tej włóczki, we wszystkich prawie kolorach, oceniany na jakieś 4-5 kilo).


Sweter  zaczyna się od rzędu dolnych rombów, z ich górnych brzegów nabiera się oczka do kolejnych i tak po kolei, rządek rombów za rządkiem. 


Na każdy romb nabiera się nieparzystą liczbę oczek, a potem w nieparzystych rzędach  przerabia po 3 środkowe oczka razem. Można sobie wrabiać kolorowe paseczki, rzędami lewych oczek, co daje ładny efekt i uwypukla ich kolor, odmienny od tła.

No i tak to na razie wygląda. Podoba mi się też lewa strona, ale wciąganie wszystkich tych niteczek to nie na moją cierpliwość.

I niestety, mam nadal zagwozdkę, jak zrobić rękawy - od dołu, czy od góry, jak rozwiązać kwestię dodawania oczek i poszerzania rękawa, a może robić go prosto i tylko zebrać potem w mankiet? 
No, mam czas na przemyślenia, w końcu jak kilka lat czeka na skończenie, to jeszcze chwilę poczeka... ;)

niedziela, 3 czerwca 2012

Fraktale...

Fraktal to obiekt samo-podobny - taki, którego części są podobne do całości. Są w przyrodzie też obiekty fraktalopodobne, w których Natura, nie wiedząc o istnieniu matematyki wyższej, sama stworzyła cudeńka ;)


Na przykład takim naturalnym fraktalem jest płatek śniegu, liść paproci, albo kalafior romanecso. 


(zdjęcie pochodzi stąd: Romanesco)

Rzadko kiedy robię coś dokładnie według projektu. Najczęściej sama  wymyślam, tworzę, ewentualnie modyfikuję, przerabiam istniejące wzory, albo tylko się nimi troszkę inspiruję.

W przypadku tej fraktalopodobnej serwetki też tak było - wzór z głowy, a w każdym okrążeniu przyrastały i mnożyły się kolejne, podobne do siebie elementy.
Nawet mi się podoba i pewnie w zimowe wieczory będzie służyła za podstawkę do tego zielonego, szklanego lichtarzyka - prezentu od Anielki:
Zrobiłam ją dość dawno temu, ale nadeszła pora, żeby jednak pokazać, bo wiąże się z nią pośrednio kolejna rzecz szydełkowa, którą właśnie zaczynam:
Też ma być takie cieniowanie i przechodzenie kolorów, też wzór powstaje na bieżąco w trakcie dziergania, tyle, że będzie to coś znacznie większego.
Dziś zdjęcia robiła pewna zdolna i utalentowana fotografka, której  w tym miejscu bardzo dziękuję  za pomoc :)

Pletenie po novom - pulovre, svetre, vesty

Tak,  tak, to nie pomyłka ;) 
Kiedyś, ze 14 lat temu, będąc na bratniej Słowacji, nabyłam drogą kupna taką właśnie książkę.

Zachwyciła mnie ogromnie, bo:
- po pierwsze - napisał ją facet ;)
- po drugie - było KOLOROWO.


Książka zawierała pomysły i opisy wykonana różnych dzianin z wielobarwnych motków.
Można było mieć wiele kolorów naraz, bez plątania nitek z tyłu, co mnie zawsze denerwowało przy wcześniejszych swetrach.


Oczywiście po powrocie do domu zaczęłam wypróbowywać różne pomysły, które pan Horst przedstawił w książeczce. 
Fajnie robiło się tą metodą, robótki przybywało nawet szybko, ale coś mnie jakoś zawsze musiało odwieść od skończenia tego, co zaczęłam.
Niektóre z tych rzeczy zostały sprute - inne leżały przez lata zamieniając się w UFO-ki (UnFinished Objects).
W ciągu ostatnich kilku dni zrobiłam remanent we wszystkich włóczkach, zaczętych robótkach i parę takich UFO-ków właśnie przedstawię - bo to będzie znakomity bodziec do ich skończenia.


Właśnie jednym z moich UFO-tworów jest ten sweter:
Robi się to pasek po pasku, przeplatając oczka brzegowe aktualnie dzierganego z oczkami brzegowymi poprzedniego segmentu. Bardzo fajny pomysł, bo jednocześnie na drucie są nitki tylko z 1-2 kłębków naraz. 

Wykonany, znaczy, przepraszam: zaczęty z Puchatki, grubej, miłej i niegryzącej, bo miał być dla pewnej mocno alergicznej osoby. 
Ma być rozpinany. Cieplutki. Może z kołnierzem? Kształt swetra absolutnie wg własnej inwencji, więc wiele jeszcze może się z nim wydarzyć...
Kolory miodowo-jesienne, do czarnego. Udało mi się znaleźć i dopasować takie pięknie przechodzące odcieniami... Mam nadzieję, że na najbliższą jesień będzie gotowy. :)

sobota, 2 czerwca 2012

Niebieskie - wcale nie takie paskuctfo ;)

Skończyłam!

Skończyłam dziergać chustę 29 maja, czyli jednak zawzięłam się mocno. 
Jest całkiem ładna, wyszła wieeelka - zajmuje na szerokość prawie całą wersalkę.


Ponieważ jest w niej mnóstwo akrylu, to nawet nie będę blokować.
Podoba mi się taka, jaka jest.
A że ostatnie dni są takie zimne, to znakomicie sprawdza się w roli bolerka/ogrzewacza/kamizelki: jednego dnia poszłam w niej do pracy, okutana jak bretońska wieśniaczka, czyli końce skrzyżowane na biuście i zawiązane z tyłu, na plecach, dziś opatuliłam się po prostu dookoła szyi.
A najpiękniejszy ma kolor :)
No! Jestem całkiem zadowolona z siebie.


Zostało z pół motka włóczki - dorobię jakąś czapkę, zwłaszcza, że z pobieżnego przeglądu zapasów wyszło mi, że mam zupełnie podobny kolorystycznie moher, nieco jaśniejszy. Można będzie przerabiać je w 2 nitki. I będzie cieplej, bo cienka czapka to nie to.
Nawet znalazłam na Ravelry pasujący wzór, już wydrukowałam, wkrótce zaczynam robotę.
Oczywiście - przydałyby się także rękawiczki, takie z dłuuugim mankietem, albo mitenki z tym samym wzorkiem z liści.  To ja się jeszcze nad tym zastanowię...