niedziela, 27 maja 2012

Niebieskie paskuctfo

Nie, ja się wcale nie lenię, pracowicie dziergam dalej to North Roe, o którym pisałam w jednej z ostatnich notek. 

Ale jakoś tak mi pomału przybywa, coraz mniej cierpliwości mam do niego. Nawet mam 2 pomagierów, towarzyszących mi w pracy w zimne majowe wieczory - ale robota idzie wolno.


Gdzieś na wysokości 3 rzędu listków z części 2 zabrakło mi włóczki. Już chciałam kończyć wcześniej, ale stwierdziłam, że będę twardziel i zrobię dokładnie tak, jak w przepisie kazali. 
Nawet udało mi się dość zgrabnie połączyć nitki, bez zostawiania wiszących ogonków - ciekawe, czy po upraniu i zblokowaniu wylezą na wierzch?


A tu całość robótki, stan na przedwczorajsze popołudnie. 
Druty trochę za krótkie, ale innych nie mam... Jeśli rozhulam się z szalami i chustami, to kupię jakieś z dłuższą żyłką - na razie te muszą mi wystarczyć.


****
Mam nadzieję, że do urlopu i urodzin skończę to paskuctfo, bo już czekają nowe pomysły.

W planach COŚ z tej włóczki:


To Aade Long 8/1 , czyli 100% wełna estońska, pachnie prawdziwą wełną, gryzie jak należy, cienizna, po +/- 150 gramów.
Może z tego być coś naprawdę fajnego. Jeszcze nie mam jasno sprecyzowanego pomysłu, ale już coś pomału się klaruje w głowie. Natchnieniem są oczywiście inne blogi. ;)



****

Poza tym czeka niebiesko-zielona i zielono-niebieska Himalaya Padisah w ilościach znacznych - być może będzie to kardigan Pole, którym zachwyciłam się po obejrzeniu go na żywo na koleżance Fiubździu - chociaż obawiam się, że ja mogę w nim wyglądać dokładnie tak samo, jak ta okrągluśka pani w turkusowym... Ale co mi tam. A jak się uda, to machnę podobny Mamie.

W każdym razie - chce mi się swetra atypowego, oryginalnie robionego, jakoś inaczej niż wszystkie. 
To by było na tyle. Ja wracam do dziergania. Miłej niedzieli wszystkim :)


****

Aha, spotkanie robótkowe w Białymstoku ma być 16 czerwca w sobotę, o godzinie 12 - pod Ratuszem, bo to Tydzień Publicznego Dziergania. Chociaż ja to publicznie dziergam od 30 lat. Wszędzie, gdzie się da. W szkole, w pracy, na wykładach w czasie studiów, w drodze, na weselu... ;)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Ażur, ażur, ażur...

Upał, wolne dni, niektórzy odpoczywają:



Inni - czyli ja - oddają się nałogom. Np. dzierganiu.
Odkryłam, że polubiłam ażury, choć pierwszy tak sobie wyszedł. Tak czy siak - fajnie się to robi, przybywa (względnie) szybko i ładnie wygląda.

Tym razem na warsztacie North Roe - znany i popularny, a przy tym dość prosty wzór, włóczka - Angora Ram (40% moheru i 60% akrylu). Przepiękny, nasycony odcień turkusowo-niebieskiego.
Ostatnio u kogoś czytałam, że poza kolorem i ceną niewiele więcej dobrych słów należy o tej włóczce powiedzieć...
Nooo... chyba się zgodzę...
Siepie mi się to jakoś tak w robocie, rozdwaja, jest nierównej grubości - ale kolor ma prześliczny, niewątpliwie. I nie gryzie mnie, choć mam raczej wrażliwą skórę.
Na razie tyle tego mam:
Zakumanie, jak zrobić początek, było najtrudniejsze ;)



Potem już mi się spodobało, do tego stopnia, że rozpięłam na fotelu udziergany kawałek i podziwiałam wzór:



Listek ze wzoru jakoś mnie szczególnie urzekł:



Tu efekt pierwszych dwóch wieczorów:



A to stan z wczoraj:


Ciekawe, kiedy skończę...
Aha, kolor jest kompletnie inny niż na wszelkich fotkach. Zupełnie nie udaje mi się go złapać, żadnym dostępnym aparatem, ani podkręcić potem w kompie. Jest bardziej zielony, niż wszędzie tutaj widać.

Nowe ubranko

Ostatnio mam fazę na turkusowy kolor. (I pomału kieruję się w stronę niebieskiego - a jeszcze rok temu mówiłam przyjaciółce, dyskutując z nią o kolorach, że "nie rozumiem niebieskiego".)

No i znalazł się sposób na wykorzystanie tego zamiłowania do koloru :)

Mam nowy telefon. W końcu. Od wczoraj.
Strasznie delikatne toto. Jeszcze nie używałam takiego dotykowego, ale skoro przyszedł w firmowym ubranku, to znaczy, że ochraniać trzeba.
Firmowe odzienie było z ohydnej flizeliny, to dziś zrobiłam mu własnoręcznie nowe.



Włóczki: akrylowa Puchatka, jakaś wełenka turkusowo-niebieska i szenila w prawie identycznym odcieniu, która do niczego się nie nadaje, a została kupiona z milijon lat temu, bo "taka ładna"...
Nawet  znalazłam dobrany kolorystycznie guzik :D



Kwadracik typu "granny crochet" i prostokąt wykonany słupkami. Mogę takie trzaskać codziennie. Jednak szydełko to jest to :)

Niby wiosna, prawie lato - a u mnie jak sen zimowy...

Ale nie, nie jest tak źle. Nie zasnęłam.
Coś tam się dzierga, coś się robi - tyle, że czasu nie było na pisanie, bo... życie, praca, brak współpracy aparatu z kompem i takie tam...
Teraz po kolei będę wrzucać raporty, co tam w międzyczasie od marca machnęłam.

Po pierwsze - zakończyłam ażurowy szal z wełniano-akrylowej Peonii, włóczki w odcieniu jasnej, wiosennej zieleni. Jest to pierwszy taki ażur, jaki w ogóle zrobiłam.


Wzór bardzo prosty, wykonany (mniej więcej) według tego projektu.


Na pewno są błędy, co najmniej w 3 miejscach, ale dziergałam w każdej możliwej okoliczności, między innymi w rzucającym na wszystkie strony busie i nie bardzo było jak pruć i poprawiać. To zostało, jak zrobiłam - podobno to nadaje duszę :D

Pracy nie było wiele - można powiedzieć, że uczciwe 3 dni dłubania, gdybym tylko to robiła od rana do wieczora z przerwą na czynności niezbędne ;)
Z jednego motka Peonii wyszło prawie 2 metry szala, o szerokości około 50 cm (nie mierzyłam dokładnie).
Nie jestem jednak szczególnie zadowolona z dzieła, bo blokowanie niewiele dało.



Włóczka jednak jest jak sprężynka - spróbuję jeszcze raz coś z tym zrobić, może potraktuję go żelazkiem z parą i więcej nie będę się wysilać.
Na pewno będę szal nosić, bo wiosenny zielony kolorek należy do moich ulubionych - a poza tym to przecież szalowo-ażurowy debiut.

poniedziałek, 12 marca 2012

Wiosenny komplet - cz. 2

Jak się zawezmę, to nawet coś zrobię. Jednak.
Właśnie wczoraj skończyłam mitenki. Te zielono-fioletowe.  I jestem b.b. zadowolona z siebie, zasadniczo. Tylko ze zdjęć nieco mniej, bo wciąż mam problemy z aparatem, a najlepsza znana mi zdolna fotografka zajęta... ;)
Jak zawsze pomysł powstawał na bieżąco, w trakcie robienia i tylko w ogólnym zarysie wiedziałam, co chcę uzyskać. 

Punktem wyjścia był ten kwadracik, opisany w poprzedniej notce.

Po obu bokach dodałam rządek słupków ciemnofioletową Peonią, górny brzeg wykończyłam rządem półsłupków i wachlarzykami ze słupków podwójnie nawijanych, wykonanych zieloną nitką Cristal. 
A to spód mitenki i wykończenie górnego brzegu.
Spód zrobiłam ściegiem siatkowym, jasnozielonym, ciut grubszym akrylem firmy nieznanej. Górny brzeg jest z pojedynczych  słupków.


Ponieważ mam dość małą dłoń, musiałam nieco zwęzić kwadraty, wykańczając mitenki.
Zrobiłam to, omijając co 4 lub co 5 półsłupek z poprzedniego rzędu.
Podobnie musiałam dopasować sobie obwód nadgarstka. Dolny brzeg  wykończyłam ciemnofioletową i jasnozieloną Peonią. Wymyśliłam też malutką falbankę, zrobioną z półwachlarzyków.
 
Na wewnętrznym brzegu jest otwór na kciuk. Obrobiłam go rządkiem słupków, tylko od strony grzbietowej dłoni.
A to obie mitenki:

Teraz czas na mały szyjogrzej lub szaliczek do kompletu, jeszcze nie mam idei. A może i berecik?

czwartek, 8 marca 2012

Wiosenny komplet

Nadchodzi wiosna. Coś by się chciało nowego zrobić, albo chociaż zacząć (bo wiara, że skończę, zanim będzie lato, jest we mnie nikła).


Ale co by tu???
Jak zwykle - przegląd internetu zaowocował kolejnym pomysłem dziergalniczym.
Tym razem zerżnęłam go stąd. Pani z Nowej Zelandii. Blog-sklep-galeria pt. Kiwi Little Things.
Hmmm... Strona się niespodzianie nie otwiera. 

" Hacked ...
But coming back as soon as possible
Contact : anne at kiwi-little-things dot com"


No, ale przykład jej prac mamy także tutaj. Bardzo fajne, z lekka szurnięte pomysły, kolorowe i zabawne. Dokładnie takie, jak lubię :) Może z wyjątkiem berecika z marchewkami :D

Małe rzeczy, które robi się szybko, więc efekt nie jest odległy w czasie i projekt ma szansę na realizację.
Coś wprost idealnego dla mnie :D


Skontrolowałam zapasy włóczkowe: znalazłam Peonię, Kocurka, Cristal. Zielenie i fiolety. Czyli to, co zaraz będzie też widać w lesie i w ogrodzie.


Przejrzałam także kilkaset plików  z pościąganymi obrazkami i wybrałam wzory na odpowiednie kwadraciki - co widać zresztą na monitorze.

No i zaczęłam:
Najsampierw kółeczko z 6 oczek łańcuszka, w pierwszym okrążeniu rozetka z 12 pojedynczych słupków, Ciemnozielony Kocurek.  
Potem zmiana koloru, podwójna, cieniutka włóczka akrylowa pt. Cristal Natura - i 12 pęczków robionych ze słupków 2 razy nawijanych, po 3 w pęczku.  

W kolejnym okrążeniu, jeszcze jaśniejszą zieloną Peonią - 12 pęczków po 5 słupków potrójnie nawijanych, żeby były bardziej pękate. Między nimi po 6 oczek łańcuszka.

Potem kwadratura koła, czyli dodanie kolejnego okrążenia, żeby przerobić kółko na kwadrat. Śliwkowym Kocurkiem.

I następne okrążenie - półsłupki Peonią w ciemniejszym odcieniu fioletu. Tak, żeby optycznie zamknąć kwadracik.
I to jest wstęp do mitenki. 

Spód ma być z jasnej zieleni.

Jak widać, szydełko na obrazkach jest z lewej strony - bo ja mańkut jestem. Może to dziwnie wyglądać, ale inaczej nie umiem. Za to na drutach dziergam na prawą rękę :D

Do tego pasowałby jakiś zielono fioletowy berecik. Mam nadzieję, że szybko skończę i będę mogła pokazać komplecik w całości.
Proszę trzymać kciuki za powodzenie misji :)
I wybaczyć jakość zdjęć...




poniedziałek, 27 lutego 2012

Dla Mamuci

Dla Mamuci  też popełniłam czapkę tej jesieni/zimy. Oraz mitenki. Według pomysłu własnego w całości.

Szanowna Maman przyjechała do mnie jakoś tak pod koniec października i zapytała, czy nie zrobiłabym jej jakiej czapki na zimę, bo ma jakąś archiwalną beżową włóczkę na stanie i nawet wzięła ja ze sobą.
No włóczka może i fajna... ale taka nudna. Dla starszej pani, z siwymi włosami i raczej bladą cerą - wprost idealny zestaw... Na dodatek to straszna cienizna, absolutnie nie na czapkę zimową.
To wykorzystałam swoje bogate zapasy i znalazłam coś nieco bardziej żywego kolorystycznie. Też jakaś włóczka sprzed 13 lat z Zakopanego, w cieniowanych kolorkach późnojesiennych pól i łąk - rudawy, złotawy, beż, jasny brąz. Dość gruba, dość ciepła, chyba z wełną. Mocno sprężysta. Producent nieznany absolutnie.


Wzór był prosty - po 8 rzędów ściągacza 2x2, potem po 4 rzędy ściegiem francuskim, druty nr 3. I tak do samiuśkiego końca. 

W górnej części czapki i mitenek wykorzystałam maminy beż, skoro tak bardzo go chciała.
Mitenki były lekko zwężone na wysokości obwodu nadgarstka. Zostały zrobione prosto i zszyte od wewnętrznego brzegu - z pozostawieniem otworu na kciuk. Otwór ten obrobiłam jednym rzędem słupków podwójnie nawijanych.




Czapka jest robiona tym samym wzorem, co mitenki, bo się łatwo i fajnie liczyło.
Górna część - z beżowej włóczki podwójnie robionej. Ostatnie rzędy - na gładko prawymi oczkami.  
Ku ozdobie dodałam kwiata wykonanego na szydełku. Pomysł również własny. 

niedziela, 26 lutego 2012

Czapka i mitenki dla Joli

Dla mojej osobistej przyjaciółki zrobiłam mitenki, żeby się  jej dobrze fotografowało jesienią, a do kompletu dodałam ciepłą czapkę.
Kolor miał być dowolny, byle ładne było. 
Ładną to miałam jak raz Puchatkę z Aniluxu, w pięknym ciemnofioletowym kolorze. Zdjęcie względnie wiernie oddaje kolor oryginalny, zresztą - inaczej wygląda to za dnia, inaczej w świetle żarówki.
Na całość zużyłam trochę ponad 1 motek, może półtora.
Mitenki robiłam na drutach nr 4 prosto, potem zszyłam z jednego boku, od strony kciuka. Ściągacz warkoczykowy, a powyżej obwodu nadgarstka, na spodniej stronie zwykły ryż, a na grzbiecie dłoni - kombinowany warkocz, tzn. jeden skręcany w prawo, drugi w lewo, obok siebie, 2x2 oczka. Dookoła dziurek na kciuk zrobiłam po 2 okrążenia słupkami.
Czapkę robiłam na drutach nr 4, potem na okrągłym drucie nr 3 -  wzór wymyśliłam sama - proste mini-warkoczyki, o szerokości 2 oczek, w co drugiej kolumnie mijające się "na zakładkę".
Dzięki temu wzór jest dość ścisły i rozłażenie się robótki, tak częste w moich dziełach, tym razem zostało zminimalizowane  ;)


Zszywałam ją potem szydełkiem, dzięki temu, że pierwsze oczka brzegowe zawsze zdejmuję z drutu na prawo, a ostatnie przerabiam na prawo, przy zszywaniu mam całkiem ładny "warkoczyk", dla mało wprawnego oka nie bardzo do odróżnienia od ściegu głównego.
A tu już zdjęcia z przyzwoitego aparatu, wykonane przez znacznie lepszego fotografa, czyli właścicielkę wyż wym wyrobów ;)






  

sobota, 25 lutego 2012

Granny crochet, czyli niemoc twórcza

Granny crochet to te kwadraciki z różnokolorowych włóczek, robione na szydełku jak babcine poduszki i narzuty. 
Podobały mi się od zawsze, ale leń we mnie uniemożliwiał dokończenie czegokolwiek wykonanego z nich. No, z jednym wyjątkiem, ale to był berecik z trzech takich, zrobiony najgrubszym szydełkiem i w jeden dzień. Małe formy dają się zrobić szybko i prosto.

Z dużymi jest niestety gorzej.
Z jedną taką rzeczą dużą walczę zawzięcie, aczkolwiek z przerwami od września 2010, kiedy to poszłam na zwolnienie z powodu schorzałych zatok. Przychodnia daleko, jedzie się dwoma autobusami, a przystanek przesiadkowy tuż przy pasmanterii. No to chyba jasne, że do niej zajrzałam.
A tu jak raz była przeceniona na 5 zł za motek, fajna, cienka ciemnozielona Peonia w kolorze dziwnym. W zależności od oświetlenia jest to zieleń, albo kolor błota, albo brąz, tak jakby...
No jeden z moich ukochanych odcieni, to chyba jasne, że musiałam ją wziąć, prawda?

Pomysł był zasadniczo taki, że to ma być luźny ażurowy tuniko-sweterek. Taki, że pod spód zakłada się cienki golf, albo koszulkę z długim rękawem. 
Zastanowiłam się, czy ma być prosto, czy może kwadraciki pójdą skosem. Wyszło mi, że jednak skosem ciekawiej. Poza tym, na skośne ułożenie to trzeba tylko 4 sztuki na szerokość. 
Do tej ciemnozielonej Peonii miałam taką samą włóczkę w kolorach powiedzmy... owoców leśnych - ciemny fiolet, śliwkowy, wiśniowy i wiśniowo-rudy. Te dwa ostatnie kolory praktycznie się nie różnią, ale trudno. Toż przecież nie spruję, jak już tyle narobiłam.

Takich kwadracików natargałam kilkadziesiąt i robotę porzuciłam gdzieś w listopadzie, bo była pora na aniołki, gwiazdki i inne szydełkowe drobiazgi choinkowe (o których innym razem).


Po czym ponownie wzięłam się za robotę latem. Ale coś mi się pozajączkowało, zapomniałam, którym szydełkiem robiłam i kolejne kwadraty cości jakby nie do końca rozmiarowo się zgadzały...
Po dodaniu jeszcze jednego okrążenia, słupkami pojedynczymi, a nie podwójnie nawijanymi rozmiar względnie się zgadza.



I teraz stoję z robotą i nie mam weny, jak to cholerstwo połączyć w jakiś sensowny układ... Bo jak rozmiar się zgadza, to ilość oczek jest inna - więc jak to pozszywać...
Poza tym trzeba by jeszcze jakieś rękawy dorobić. Na rękawy nie mam pomysłu jeszcze. 
A może zrobić z tego spódnicę, bo na tyle już jest kwadracików, pozszywać je skosem i tylko dać podszewkę, żeby nie prześwitywało???

HELP!!!