Omatkojedyna, to już wrzesień, a mnie tu ciągle nie ma.
Bo i po prawdzie niewiele się dzieje ostatnio. To znaczy - najpierw się działo, ale nie na drutach ani na szydełku, tylko w tzw. Życiu Osobistym. Potem przestało się dziać. Dużo chorowałam. W międzyczasie zostaliśmy z Antkiem singlami - odszedł nieodżałowany Gacek, kot nad koty, który całował jak żaden inny...
A u mnie nastąpił okres zastoju i zastanowienia się nad wszystkim... ;)
Ale tak całkiem nie zapuściłam się dziergalniczo, o nie. Po prostu nie było weny do publikacji postów, czasu na ich pisanie, ani chętnych do ofbotografowania wyrobów.
Na szczęście wzięłam się w garść, wzięłam też w garść druty/szydełko/ włóczki i robię :)
Mam tak ogromne zapasy wełny, że trzeba z niej dziergać!!!
No to po kolei:
Zrobiłam (jeszcze zimą)
chustę z włóczki podarowanej przez koleżankę Szaloną Kapelusznicę, czyli wszystkim znaną Lenę Madhatter.
Ta włóczka to buro-bura islandzka wełna Plotu Lopi - wełna nieprzędziona, dość gruba, mięciutka, trochę gryząca. Pierwszy raz dziergałam coś z tego cuda, więc trochę się obawiałam, jak mi to w robocie wyjdzie, czy nie będzie się rozwlekało po wykonaniu.
Dlatego, a także dla ubarwienia życia, dodałam cieniutką, cieniowaną włóczkę Daphne Lace z Biferno, w ślicznych kolorach jesiennych - ochra, rudy, wiśniowy, ciemna zieleń.
Lubię melanże włóczkowe, więc chyba takie połączenie wyszło całkiem nieźle.
Oczywiście chusta jest bez jakiegoś szczególnego wzoru, duża, ciepła, miękka, robiona "z głowy". Fajna.
Ścieg francuski + ażurowa bordiura. I wystarczy, bo to nie jest włóczka do cyzelowania koronek. Ma być zgrzebnie.
Kolejna rzecz, która w tzw. międzyczasie spłynęła mi z drutów, to zębaty szal Hitchhiker (czyli autostopowicz) - z oliwkowo-fioletowej Justy. Polowałam na tę wełnę długo, przegapiłam, kiedy była we Włóczkach Warmii, ale wiosną znów się pojawiła - i była moja :)
Jest śliczna, serio serio. Piękne jest to zestawienie kolorów, kojarzy mi się z oliwkami kalamata :)
W czasie roboty wełna dość szorstka i gryząca, po upraniu - znacznie mniej, za to cudnie grzeje.
Podoba mi się też asymetryczny kształt szala, taki zakręcający. Robiłam "na oko", nie miałam dokładnie rozpisanego wzoru, ale jest dość prosty.
Następne dzieło to kolejna zębatość, która zeszła z moich drutów, czyli delikatna chusteczka, bo "chusta" to za dużo chyba powiedziane. To był prezent dla Mistrzyni Dziewiarstwa, mojej cioci, na Jej 80-te urodziny.
Wzór Maluka, wełna estońska 800 m/100 g, kolor plum.
Bordiurę robiłam na drutach nr 3, część środkową na 2.
Wzór trochę zmodyfikowałam: zrobiłam 40 ząbków zamiast 33, na część środkową nabierałam 240 oczek, a nie 200 i trochę inaczej skracałam rzędy skrócone - na początku co 6, potem przez kilka rzędów co 5 oczko - żeby nie wyszło mi takie spiczaste.
Po zejściu z drutów była mała, bura, zmiętolona szmatka, więc natychmiast toto zostało upięte do sprawdzenia, jak to w ogóle wyszło, jeszcze nie prane.
A po upraniu i porządnym, a brutalnym blokowaniu wyszło coś bardzo delikatnego, koronkowego i całkiem-całkiem :)
A tu zapowiedź kolejnego prezentu urodzinowego, tym razem dla mojej Siostry. Ponieważ jeszcze nie jest wręczony, to tylko kawałeczek pokażę ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gacek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gacek. Pokaż wszystkie posty
sobota, 6 września 2014
sobota, 27 października 2012
Wełna jest zdrowa i przyjemna
A ja mam właśnie kompletnego hopla na temat wełny estońskiej :D:D:D
Jak już odkryłam, jaka ta włóczka jest fajna po praniu i że mnie wcale aż tak nie gryzie, to się rozkręciłam.
Koty też ją doceniają - chyba miło się śpi na wełnianym, naturalnym włóknie :D
I Gacku się nadała...
Zdecydowanie: "to je Gackowe!"
Teraz robię kolejną chustę, tym razem w kolorach wodno-oceanicznych.
Bardzo ładna jest ta włóczka - ale dopiero w robótce widać cały jej urok. Na kłębku była taka sobie... Odcienie przechodzą od ciemnogranatowo-turkusowego, przez szaroszafirowy, kolor określany jako cornflower, dość jasny błękit, aż po jasny turkus, jak morze w Chorwacji na płyciznach. Bardzo morsko-adriatyckie kolory - na Ravelry nazwałam chustę "Into Deep Ocean":)
Ta chustka jest, podobnie jak zielona poprzedniczka, dziergana podwójną nitka, ale włóczka jest lepiej skręcona, nie rozłazi się - jest też chyba ciut cieńsza.
Powstaje na bazie poprzedniego projektu, ale jeszcze bardziej zmodyfikowanego. Ten egzemplarz jest dla mojej przyjaciółki, ma być "taka jak moja", ale nie chciałam, żeby było identycznie, więc poszukałam czegoś podobnego, a równie ładnego.
Aktualnej fotki nie ma, bo chusta jest już za duża, żeby dało się ją rozłożyć na całą żyłkę, ale już tylko jakieś 10 cm mi brakuje w wysokości, żeby osiągnąć rozmiar zielonej.
Piaskowa, czyli kolor sand - jak nie jestem fanką beżu, to ten zestaw mi się bardzo podoba. Śliczny jest zwłaszcza odcinek beżowej włóczki z cieniuśkim czarnymi niteczkami. Całkiem jak piaseczek:
Druga włóczka od Gosi-Samosi, którą dostałam wczoraj, to cieniutka tęczowa - tej jest dużo, 175 gramów. Będzie z pojedynczej nitki.
Mina Antosia jest jasna - to co mi z tego zrobisz?
Jak już odkryłam, jaka ta włóczka jest fajna po praniu i że mnie wcale aż tak nie gryzie, to się rozkręciłam.
Koty też ją doceniają - chyba miło się śpi na wełnianym, naturalnym włóknie :D
I Gacku się nadała...
Zdecydowanie: "to je Gackowe!"
Ma chłopak coś ciepłego na zimę :D
I Antosiowi się też podoba:Teraz robię kolejną chustę, tym razem w kolorach wodno-oceanicznych.
Bardzo ładna jest ta włóczka - ale dopiero w robótce widać cały jej urok. Na kłębku była taka sobie... Odcienie przechodzą od ciemnogranatowo-turkusowego, przez szaroszafirowy, kolor określany jako cornflower, dość jasny błękit, aż po jasny turkus, jak morze w Chorwacji na płyciznach. Bardzo morsko-adriatyckie kolory - na Ravelry nazwałam chustę "Into Deep Ocean":)
Ta chustka jest, podobnie jak zielona poprzedniczka, dziergana podwójną nitka, ale włóczka jest lepiej skręcona, nie rozłazi się - jest też chyba ciut cieńsza.
Powstaje na bazie poprzedniego projektu, ale jeszcze bardziej zmodyfikowanego. Ten egzemplarz jest dla mojej przyjaciółki, ma być "taka jak moja", ale nie chciałam, żeby było identycznie, więc poszukałam czegoś podobnego, a równie ładnego.
O, taki wzorek dałam zamiast mojej wersji "pawich oczek/feather and fan" - jakby kłosy, co zresztą nawiązuje do jej nazwiska ;)
Udzierg - stan na poniedziałek. Dziś jest już znacznie więcej, choć znowu prułam, bo łatwo się pomylić - na szczęście tym razem mniej błędów narobiłam. No i koncepcja już była ustalona, więc było mi łatwiej, nie musiałam się zastanawiać, jaki wzór będzie lepszy.Aktualnej fotki nie ma, bo chusta jest już za duża, żeby dało się ją rozłożyć na całą żyłkę, ale już tylko jakieś 10 cm mi brakuje w wysokości, żeby osiągnąć rozmiar zielonej.
* * * * >^..^< * * * * >^..^< * * * *
A skoro tak dobrze mi z wełną estońską, to już następne kłębki czekają - też kupione u Gosi-Samosi na Allegro. Przyszły pocztą wczoraj. Oba 800 m w 100 gramach.Piaskowa, czyli kolor sand - jak nie jestem fanką beżu, to ten zestaw mi się bardzo podoba. Śliczny jest zwłaszcza odcinek beżowej włóczki z cieniuśkim czarnymi niteczkami. Całkiem jak piaseczek:
Ponieważ było jej mało, tylko 110 g, w e-dziewiarce dokupiłam jeszcze taką samą ilość w kolorze rusty - rdzawym i czekam na pana listonosza. Ciekawa jestem, jakie będą te odcienie w rzeczywistości... Chyba też będzie melanż z obu włóczek.
Mina Antosia jest jasna - to co mi z tego zrobisz?
A z tego to poproszę coś w paski:
Gacka to chyba znuuudziło...
Aż sobie ziewnął serdecznie.
Po czym przysnął sobie kocina w słoneczku.
Antoni też śpi jak dziecię...
Oba śpimy, teraz na lewym boczku:
A ja mogę dziergać dalej... A śnieg -pada...
Etykiety:
Antoś,
ażur,
chusta,
Gacek,
na drutach,
wełna estońska
piątek, 12 października 2012
"Puszcza Knyszyńska"? a może "Brokuł"?
Popełniłam kolejne dzieło!!!
Chustę ze znakomicie gryzącej wełny estońskiej, w jedynych właściwych kolorach, czyli zielono-zielonych.
Kupiłam jeszcze wiosną taką cieniznę, 800 m/100g. Wełna gryzie, pachnie lanoliną, jest zresztą od niej aż tłusta - nie trzeba kremu do rąk :D
Potem zaczęłam coś tworzyć samodzielnie, jakiś taki prosty wzór, z ażurami, ale nie podobało mi się. Sprułam...
W końcu doszłam do wniosku, że wzór pt. Multnomah będzie w sam raziczek.
Dość fajnie rozwiązana kwestia oczek środkowych - ten pas z kilku oczek francuzem spodobał mi się.
No i ten śliczny falisty wzór, który tak lubię, znany jako pawie oczka, paprociowy, albo "Feather and Fan" - jest idealny na włóczki, gdzie są zmienne kolory.
Niestety musiałam robić z podwójnej nitki, wyciąganej jednocześnie ze środka i odwijanej z wierzchu motka. Zaczęłam robić na 4-kach. Wyglądało paskudnie. Sprułam...
Zaczęłam na trójkach, ale jednocześnie miałam jeszcze ideę, żeby pas środkowy zrobić szerszy niż w oryginale, dodając w linii centralnej jakiś liściowaty wzór, ale to jednak było "za dużo szczęścia w jednym flaku", jak mawia Mamucia.
Byle jak wyglądało - no i co? no sprułam. Sprułam...
Ale ostatecznie dokończyłam dzieło - wczoraj o 2 w nocy :)
Po pierwsze - chyba miałam o 2 rzędy mniej tej części gładkiej, ściegiem francuskim.
Po drugie - zamiast przerabiać 6 x po 2 oczka razem w tę samą stronę, a potem 6 x op. narzut, to przerabiałam tak:
- 2 razy po 2 oczka razem na prawo, ale na wierzchu drugie z pary
- potem 3 oczka razem tak, żeby środkowe było na wierzchu,
- potem 2 x 2 oczka razem na prawo, pierwsze z pary na wierzchu.
- a następnie 5 razy *narzut, op.* i jeszcze 1 narzut.
W ten sposób ładnie mi się to naprzemiennie zbiegało ku centralnemu oczku i rozchodziło wachlarzykiem, który powstawał z narzutów.
Następne rzędy wzoru przerabia się gładko na lewo, prawo, prawo. I te 4 powtarza się. W oryginale chyba jest z 10 takich sekwencji, u mnie więcej - na ile starczyło nitki, a miałam jej niecałe 150 gramów.
Kolejną modyfikacją własną jest dodawanie kolejnych powtórzeń wzoru, w miarę jak poszerza się chusta.
Gdzieś się machnęłam w dzierganiu wzoru, nawet widać, jak się dobrze przyjrzeć, że wzór zbacza, ale trudno, więcej już mi się nie chciało pruć...
To znaczy - tak na sam koniec też doszło do prucia. Bo zabrakło troszkę włóczki i mogłam zakończyć tylko pół chustki... Więc znów sprułam ze 2 rzędy.
Ostatnie rządki, tam, gdzie już jest ciemnozielona są przerabiane z miedzianą, metalizowaną nitką, którą Tatuś kupował mi jakie 20 lat temu na bazarze od Rosjan. Jak dobrze mieć skarby i zapasy :D
Fajniej to wygląda na żywo - flesz chyba nie pokazuje jak należy miedzi, a szkoda...
Oryginalny Multnomah to miejsce w Oregonie, lesiste, z wodospadami i przepiękne, sądząc ze zdjęć. Autorce projektu tak się spodobało, że nazwała chustę od tamtych lasów.
A jak ja mogę nazwać swoją wersję? Z racji zamieszkania - Puszcza Knyszyńska? No bez przesady...
Jasne, że to Brokuł :D
Wygląda całkiem tak samo, jak brokułowe różyczki, nieco tylko zblanszowane wrzątkiem. No dobra, to mam chustę brokułową :D
Tu jeszcze "surowa", przed praniem:
A tutaj już uprana, w trakcie blokowania - zdecydowanie bardziej miękka, chyba też mniej gryząca.
Pasuje mi do bransoletki...
i do ulubionych kolczyków:
Ale skoro na początku października mieliśmy 3. rocznicę pożycia, to wręcz wypada zamieścić w pierwszym wpisie także portret kociego obywatela.
Chustę ze znakomicie gryzącej wełny estońskiej, w jedynych właściwych kolorach, czyli zielono-zielonych.
Kupiłam jeszcze wiosną taką cieniznę, 800 m/100g. Wełna gryzie, pachnie lanoliną, jest zresztą od niej aż tłusta - nie trzeba kremu do rąk :D
***
Miałam kilka pomysłów, co z tego będzie - zaczynałam od wzoru Violettes et Muscaris, ale poległam już w okolicach 17 rzędu, kiedy pojawia się we wzorze takie całkiem punkowskie "OI", którego nie zrozumiałam. Sprułam... Zwłaszcza, że ta cienizna pojedynczo jest strasznie rozłażąca.
Potem zaczęłam coś tworzyć samodzielnie, jakiś taki prosty wzór, z ażurami, ale nie podobało mi się. Sprułam...
W końcu doszłam do wniosku, że wzór pt. Multnomah będzie w sam raziczek.
Dość fajnie rozwiązana kwestia oczek środkowych - ten pas z kilku oczek francuzem spodobał mi się.
No i ten śliczny falisty wzór, który tak lubię, znany jako pawie oczka, paprociowy, albo "Feather and Fan" - jest idealny na włóczki, gdzie są zmienne kolory.
Niestety musiałam robić z podwójnej nitki, wyciąganej jednocześnie ze środka i odwijanej z wierzchu motka. Zaczęłam robić na 4-kach. Wyglądało paskudnie. Sprułam...
Zaczęłam na trójkach, ale jednocześnie miałam jeszcze ideę, żeby pas środkowy zrobić szerszy niż w oryginale, dodając w linii centralnej jakiś liściowaty wzór, ale to jednak było "za dużo szczęścia w jednym flaku", jak mawia Mamucia.
Byle jak wyglądało - no i co? no sprułam. Sprułam...
Ale ostatecznie dokończyłam dzieło - wczoraj o 2 w nocy :)
***
Zrobiłam oczywiście po swojemu, modyfikując co nieco oryginał (między innymi dlatego, że dziergam chyba całkowicie po heretycku). Po pierwsze - chyba miałam o 2 rzędy mniej tej części gładkiej, ściegiem francuskim.
Po drugie - zamiast przerabiać 6 x po 2 oczka razem w tę samą stronę, a potem 6 x op. narzut, to przerabiałam tak:
- 2 razy po 2 oczka razem na prawo, ale na wierzchu drugie z pary
- potem 3 oczka razem tak, żeby środkowe było na wierzchu,
- potem 2 x 2 oczka razem na prawo, pierwsze z pary na wierzchu.
- a następnie 5 razy *narzut, op.* i jeszcze 1 narzut.
W ten sposób ładnie mi się to naprzemiennie zbiegało ku centralnemu oczku i rozchodziło wachlarzykiem, który powstawał z narzutów.
Następne rzędy wzoru przerabia się gładko na lewo, prawo, prawo. I te 4 powtarza się. W oryginale chyba jest z 10 takich sekwencji, u mnie więcej - na ile starczyło nitki, a miałam jej niecałe 150 gramów.
Kolejną modyfikacją własną jest dodawanie kolejnych powtórzeń wzoru, w miarę jak poszerza się chusta.
Gdzieś się machnęłam w dzierganiu wzoru, nawet widać, jak się dobrze przyjrzeć, że wzór zbacza, ale trudno, więcej już mi się nie chciało pruć...
To znaczy - tak na sam koniec też doszło do prucia. Bo zabrakło troszkę włóczki i mogłam zakończyć tylko pół chustki... Więc znów sprułam ze 2 rzędy.
Ostatnie rządki, tam, gdzie już jest ciemnozielona są przerabiane z miedzianą, metalizowaną nitką, którą Tatuś kupował mi jakie 20 lat temu na bazarze od Rosjan. Jak dobrze mieć skarby i zapasy :D
Fajniej to wygląda na żywo - flesz chyba nie pokazuje jak należy miedzi, a szkoda...
***
A skąd nazwa? Oryginalny Multnomah to miejsce w Oregonie, lesiste, z wodospadami i przepiękne, sądząc ze zdjęć. Autorce projektu tak się spodobało, że nazwała chustę od tamtych lasów.
A jak ja mogę nazwać swoją wersję? Z racji zamieszkania - Puszcza Knyszyńska? No bez przesady...
Jasne, że to Brokuł :D
Wygląda całkiem tak samo, jak brokułowe różyczki, nieco tylko zblanszowane wrzątkiem. No dobra, to mam chustę brokułową :D
Tu jeszcze "surowa", przed praniem:
A tutaj już uprana, w trakcie blokowania - zdecydowanie bardziej miękka, chyba też mniej gryząca.
***
Chustka jest kolejną rzeczą, o której mogę zupełnie nieskromnie powiedzieć, że to jedno z najładniejszych dziergadeł, jakie udało mi się popełnić.Pasuje mi do bransoletki...
i do ulubionych kolczyków:
***
A tu odbiorca gotowego wyrobu i główny kontroler jakości, Gacunio. Czarny kolor futerka zwykle źle wychodzi na zdjęciach, więc kocio rzadko pozwala się fotografować. Ale skoro na początku października mieliśmy 3. rocznicę pożycia, to wręcz wypada zamieścić w pierwszym wpisie także portret kociego obywatela.
***
No dobra, to jeszcze na deser śpiący Antoś. Z rączkami do góry. Ten gość mnie totalnie rozbraja :D
Etykiety:
Antoś,
ażur,
Gacek,
Multnomah,
na drutach,
wełna estońska,
zielenina
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































